środa, 7 kwietnia 2010

Przepraszam , czy tu biją ?


Zamaskowana Agato i Ty - wiecznie występujący w towarzystwie gejsz - Jasimierzu...



Całe lata temu , gdy Wezuwiusz w najlepsze zalewał Pompeje , a Etna nawet nie myślała , że w swym dorobku zapisze hit "Drań" , pewna telewizja w naszym pięknym kraju nabyła prawa do zaprezentowania obrazu (całej serii) o tytule "Amerykański Ninja"(przeciągły pisk!!!). W głównej roli , z tego co pamiętam w dwóch pierwszych częściach(podobno wrócił w czwartej , ale to info od koleżanki z wf-u) , odnalazł się Michael Dudikoff - niesamowicie przystojny i bardzo dobroduszny blondyn. Ja będąc , ówcześnie, we wczesnym stadium szkolnym byłem niezwykle podatny (jestem do dziś) na wyjątkowo wyraziste postacie , które poruszają moją wyobraźnię (nie pytajcie jak uboga jest...) i wszelakie głupawe tytuły z jeszcze głupszymi przymiotnikami. Oczywiście , nie muszę pisać , że filmy z Michaelem były przeze mnie oglądane i nagrywane na VHS-y(kocham !!!) , a następnie kilkukrotnie "katowane" na poczciwym domowym wideo (łezka się w gałce ocznej kręci...to już nie wróci). Całości tamtejszych prawdziwie męskich wieczorów dopełniały , po wyemitowaniu kina o zamaskowanych wojownikach, programy z logiem charakterystycznego , kultowego króliczka. I tak mały chłopiec (z moją twarzą) , mając do dyspozycji odtwarzacz kaset i pilota w pewien sposób dorastał , zaglądając za kurtynę tajemnicy świata należącego do dorosłych( większość nie wie o istnieniu takowej) . Jeszcze ktoś się dziwi , że ja tylko o ninja bądź kobietach , a najlepiej o kobietach-ninja? Teraz wyobraźcie sobie jak szczęśliwy byłem widząc okładkę omawianego "Ninja Assassin" ?



Raizo (w tej roli jakaś koreańska gwiazdka muzyki pop - Rain (w tłumaczeniu "Deszczu Strugi")) to specjalnie szkolona maszyna do zabijania - ninja . Od dziecka przygotowywany był , wraz z innymi sierotami , do pełnienia funkcji wspomnianego wojownika . Pech jednak chciał , że ów młodzian nie do końca odarty był z wszelakich uczuć i zakochał się (z odwzajemnieniem) w dziewczynce należącej do tego samego klanu . Ta jednak nie przestrzegała odgórnie narzuconych , okrutnych zasad i postanowiła nacieszyć się wolnością dostępną poza murami klasztoru. Zostaje jednak pojmana i skazana na publiczną egzekucję . Od tamtej pory Raizo przysięga sobie , że żaden żywy ninja po ziemi stąpać nie będzie... O tych wszystkich wydarzeniach dowiadujemy się z retrospekcyjnych "halunów" jakich doznaje nasz azjatycki heros . Główna akcja "Ninja Assassina"przenosi nas do współczesnego Berlina , gdzie agentka Mika Coretti (przesympatyczna Naomi Harris) wpada na trop legendarnych morderców wyłaniających się z cienia...


Fabuła jest , jak to na kino "kopane", mało skomplikowana . Aktorzy nie są totalnymi drewniakami i wyglądają tak jakby zdawali sobie sprawę z tego , że ich kreacje nie będą stawiane wśród panteonu Hollywoodzkiej filmowej fabryki. Reżyserem owego dzieła jest James McTeigue - nadworny twórca brata i siostry Wachowskich . Na swoim koncie ma już jedną małą "rozpierduszkę" w gwiazdorskiej obsadzie - "V jak Vendetta" . Czyli z całą pewnością stwierdzić można , że na kinie polegającym na urywaniu członków zna się naprawdę dobrze . "Ninja Assassin" nakręcony jest w szybki , nowoczesny i naprawdę sprawny sposób . Sceny walk robią niesamowite wrażenie - ninja rzucają shurikenami , tną katanami i łamią gołymi rękami (zwłaszcza to robi wrażenie...). Należy dodać , że obraz McTeigue obfituje w największą ilość wygenerowanej cyfrowo krwi , co ja piszę , całej rzeki krwi jaką moje skromne oczęta były w stanie widzieć od kilku lat... Jednak uspokajam purystów i tłumaczę - brutalność z bardzo daleka wieje sztucznością i jest w większości wypadków zaprezentowana w bardzo komiksowy sposób (oprócz uderzenia czaszką łysego gościa o pisuar , wtedy sam nie wytrzymałem...Drodzy Twórcy !!! Wszystko , tylko , błagam , nie walenie głową o pisuar!!!). I tak oglądając ten festiwal fruwających kończyn i rozczłonkowywanych ciał , patrząc na kolejne "popisy" Raizo dopadło mnie straszliwe znużenie , które nie opuściło mnie już do samego końca filmu . Wtedy zdałem sobie sprawę , że czasy , gdy oglądałem takie kino z wypiekami na twarzy , atakiem ślinotoku i czterdziestostopniową gorączką bezpowrotnie minęły....zestarzałem się i , jeszcze jedno , wolę podziwiać pozbawione nawet kropelki krwi pseudo komediowe spektakle głupawego Jackie'go Chana.



Podsumowując ten powyższy stek bzdur , po "Ninja Assassin" nie spodziewałem się niczego odkrywczego ani twórczego . Liczyłem na kawałek solidnego kina polegającego na szybkiej wymianie ciosów i takowe dostałem . Jednak daleki jestem od zachwytów i wszem i wobec oświadczam , że drugi raz już bym po "przygody" Raizo nie sięgnął . Agato , Tobie kategorycznie zabraniam oglądania owego obrazu gdyż może to zniszczyć obowiązujący u Ciebie światopogląd , a Ty - Jasimierzu i tak w połowie jesteś ninja , a mrok to twój sprzymierzeniec , więc odpuść . Osobiście wolę oglądać Seagala , przynajmniej jest wolniejszy i można wychwycić wszystkie ruchy farbowanego , anglosaskiego lisa... Sayoonara !!!!

sobota, 27 marca 2010

I tylko Stanisława Anioła brak...

Anielico Agato , niesforny herubinku Jasimierzu !!!

Odkąd dziatkiem będąc pamiętam , że były dwa rodzaje ekranowych (s)hitów , które zupełnie , ale to zupełnie , nie trafiały w moje gusta . Pierwszy z nich to wszelkiego rodzaju katastroficzne , miałkie papki(nie tyczy się "monster movies" - te kocham) w stylu ostatniego "2012"(na "Armageddonie" płakałem i przewodnią pieśń śpiewałem wraz z mocno geriatryczną ekipą Aerosmith...). Drugi to pseudo-religijne thrillery/horrory(wyjątek stanowi pierwsza część "Armii Boga" z Christopherem W.) . Coś jak "I stanie się koniec..."(sam tytuł już mocno przeraża...) z nieśmiertelnym Arniem , który toczy walkę z samym diabłem . Jak już jesteśmy przy Belzebubie to muszę dodać , że "Omen" to dla mnie prawdziwa katorga i za każdym razem omijam go bardzo szerokim łukiem("Dziecko Rosemary" rządzi!!!). I tak żyłbym dalej w nieświadomości tego , że zbliża się koniec świata , a w co drugim wózku (mało)letnia matka wozi diabelskie nasienie gdyby nie billboardy reklamujące nadchodzącą premierę filmu , pod dźwięcznie brzmiącym tytułem - "Legion". Na takim to posterze prężnie się poruszający(i wyglądający) w sferze biznesu(czyżby rekin finansjery?) , a do tego mocno uskrzydlony swymi dotychczasowymi sukcesami jegomość (czyżby istota niebieska?) zaopatrzony jest w obrzyn i bagnet zapożyczony od samego Janka Rambo... Kicz przez duże K . I wiecie co ? Kupiłem to !!!


Akcja owej produkcji toczy się w przydrożnym , zapomnianym przez resztę świata barze znajdującym się gdzieś na pustkowiach US and I. Ową zacną gospodę z wyszynkiem piwa prowadzi największy smakosz owego trunku , po kilku życiowych przejściach (w tej roli wiecznie mocno zawiany - Dennis Quaid), jego , sprawiający wrażenie na mocno niedorozwiniętego , synalek o oryginalnym imieniu Jeep(w tej roli koleś grający w klasyku podwarszawskich miejscowości -"Tokyo Drift".... swoją drogą facet wygląda jakby dalej nie mógł dojść do siebie po takiej ilości hałasu wydobywanego z silników , "zapachu" spalin i obcowania z Vin Dieselem...) , czarnoskóry kucharz posiadający tylko jedną rękę (ale pancakes pierwsza klasa....) oraz kelnerka w ósmym miesiącu ciąży(wielka miłość chłopaka driftującego z japończykami...). Do tego należy dodać tymczasowych gości : rodzinę na którą składa się mąż i żona wraz z ich nastoletnią , przeżywającą burzę hormonów , utożsamiającą się z bohaterkami "Facetów do wzięcia"(eee to znaczy "Sex and the City") i słuchającą My Chemical Romance córką (poleciłbym jej zapoznanie się z EMOcjonalnymi bankrutami...) oraz afroamerykanin zmierzający , bodajże , na rozprawę sądową , a przy okazji noszący ze sobą Magnuma czy innego Tytana(nie chodzi o wyroby lodopodobne...).
I tak cała nasza ekipa spędza fajnie czas dyskutując (jak kto woli - kłócąc się) na wybrane tematy , gdy nagle odbiornik telewizyjny(tutaj po staropolsku , obecnie : plazmowe tv) zaczyna ukazywać planszę alarmową , a odbiornik radiowy (tutaj po staropolsku , obecnie : Eska) przestaje działać... Do gości dołącza schludnie ubrana starsza pani ,wokół której zaczyna kłębić się stado musca domestica (tutaj po łacinie , obecnie : Mucha z Wiertniczej) . Okazuje się , że babcia , pomimo wieku , zachowała sprężystość i jędrność poszczególnych partii ciała i nieźle prezentuje się w wymagający ćwiczeniach fizycznych , bezpośrednio zwanych przez podróżnych pociągami (nie tylko) - "fikołkami" (Agato , Jasimierzu chodzi o to , że ta babeczka biega po suficie , a i jej uzębienie nie wskazuje na jakiekolwiek ubytki związane z przemijającym wiatrem...). Tak , Drodzy Państwo !!! Zaczyna się ostra jazda pełna demonów (zwanych tutaj aniołami) , latających łusek i jednego , ale (prze)szybkiego porodu...


Nie zamierzam owijać bawełnę , bądź przyowlekać w jedwab i przejdę do sedna . Film jest marny . Według mnie jest to taki zlepek "Matrixa" (to co wywija anioł Michał to przyćmiewa dokonania Neo) oraz kilku horrorowych koszmarków klasy B plus któregoś z filmów o zombie made by George Romero . Efekty specjalne , które mimo wszystko powinny być ozdobą tego rodzaju kina , nie powalają na kolana , a momentami wręcz powodują pojawienie się ironicznego uśmiechu na twarzy oglądającego (wspomniane wyczyny babuni bądź przemiany poszczególnych osobników gatunku ludzkiego w ich demoniczne alter ega...). Do tego należy dodać bardzo marną i zupełnie nieprzekonywującą grę aktorów(kolega od Jeepa powinien sobie darować podbijanie Hollywoodu(czy wy też sądzicie , że za tą nazwą stoi haitański czarownik??)) oraz mega sztywne , momentami wręcz okrutnie głupkowate dialogi (mistrzem jest dyskusja pomiędzy Quaidem a synem , gdy anioł przyjeżdża autem , opisująca demoniczny wygląd ukatrupionej staruszki(coś o kłach rekina!!!)...czy wszelkiej maści filozoficzne dysputy prowadzone przez postacie w momentach prawdziwego zagrożenia) oraz , co najgorsze , dziwaczne sceny (jak chociażby ta przedwczesnego porodu , gdzie szczęśliwa(Najlepszego!!! - ojej , złożył życzenia fikcyjnej matce) mama zaraz po wszystkim biega jak zupełnie nic wyjątkowego by się nie stało(widzę te sale porodowe w rodzimych szpitalach pełne "świeżo upieczonych" rodzicielek z wszelkimi oznakami ADHD czy innego zespołu Tourette'a).
Czy w "Legionie" znajdują się jakieś plusy ? Myślałem , gdy ujrzałem jak jednoręki kucharz rzuca w głowę babci patelnię (bądź inny wok - nie mylić z Wałbrzyskim Ośrodkiem Kultury!!) i cała scena kończy się jej roztrzaskaną czaszką(jedna z lepszych w całym filmie!!!) , że będę miał do czynienia z luzackim filmidłem z dużą ilością czarnego humoru i przezabawnego gore . Niestety , twórcy woleli postawić na moralitety i rozważania na temat istnienia człowieka i istoty pochodzenia oraz złożoności jego dobra (że co ???) , przy okazji "ubierając" to w zgrane i znane z tysiąca i jednego filmów akcji schematy. Powoduje to zupełnie odwrotny efekt od (prawdopodobnie) zamierzonego... Czy jeśli ktoś widzi billboard filmu "Legion" to myśli : "Woow(długość woowa zależna od wieku), jakiś ładny obraz o religijnym przesłaniu!"?. Chyba nie .


Może to ja jednak zbyt poważnie odebrałem to co przyszło mi widzieć przez prawie półtorej godziny ? Może moja nienawiść do wspomnianego we wstępie apokaliptycznego gatunku , z mocnymi wpływami religijnymi , daje o sobie znać i odgórnie jestem negatywnie nastawiony do tego typu obrazów ? Może.... Ludziom nieobeznanym z klimatami , lubującymi się w szybkiej akcji , chcącym obejrzeć coś dla czystej "rozrywki"(a po co się ogląda tego rodzaju kino dupku?) przy dużej ilości zimnego piwa i najlepiej w miłym towarzystwie - mogę "Legion" ewentualnie polecić....Sam już to widziałem milion razy i to bez ingerencji Najwyższego...Dlatego Agatko bądź ty Jasimierzu jeżeli chcecie to spróbujcie zakazanego przeze mnie owocu , ale potem nie mówcie , że nie ostrzegałem...

poniedziałek, 22 marca 2010

Jak się człowiek zmotywuje, to wygra



Drogi Mikołaju i drogi Jasimierzu,
dwa czynniki, których zawsze mi brakuje to pieniądze i czas. Tak to jest jak ktoś źle dysponuje młodym życiem.
A jeśli już o tym, to dzisiaj młoda opowie młodym o innych młodych. I będzie to coś świeższego niż zwykle u mnie- podróż do lat 60-tych. Przypadkiem trafiłam na bardzo dobry film produkcji francuskiej (i absolutnie nie należy tego zwrotu czytać jako oksymoronu, tak mi się napisało po prostu). "Kiedy będę miała 20 lat" (reżyseria Lorraine Levy) nadaje się idealnie dla tych, którzy: -przekroczyli już tę magiczną granicę wiekową i chcą zobaczyć co stracili,
-nie potrafią przejść obojętnie obok filmu muzycznego,
-są fanatykami Paryża
-lubią filmy pogodne filmy z pomysłem ( a nawyczyniali tam szalenie i to wszystko w ramach lekkiego francuskiego humoru)

Ale od początku...Jest to historia szesnastoletniej Hanny Goldman (Marilou Berry) mieszkającej wraz ze swoją rodziną (pochodzenia żydowskiego) na przedmieściach Paryża. Żyjące w cieniu dwóch pięknych sióstr, niezwykle utalentowane lecz nieatrakcyjne „kaczę”, zamyka się na konserwatywne otoczenie a serce otwiera jedynie na muzykę. Dziewczyna dobrze gra na kontrabasie i marzy o miejscu w szkolnym zespole jazzowym. Gdy udaje jej się osiągnąć cel, musi rozpocząć wojnę ze stereotypami, antysemickimi żartami ‘kolegów’ z zespołu (swastyki w partyturze etc.) i przede wszystkim z samą sobą. Odbiorca napatrzy się więc na proces samoakceptacji oraz na żydowskie zwyczaje i stosunek młodych ludzi do ich religii. Jestem pewna, że nawet najbardziej wprawionemu i rozsmakowanemu w katowaniu słabszych „potworowi” będzie szkoda Hanny (taka ja, nie mam w zwyczaju bycia empatyczną jeśli chodzi o postaci filmowe, ALE TO CO JEJ ROBILI :O).
I moja ulubiona część..."Kiedy będę..." zbudowany jest na świetnych kompozycjach, wprowadzających w przyjemnie duszny jazzowy klimat. Ścieżka jest w pełni kompatybilna z uczuciami bohaterów, kluczowymi wydarzeniami i -co najważniejsze- słychać w niej piękny Paryż i kulturę żydowską. Mam nadzieję, że ktoś zrozumie co mam na myśli mówiąc "żydoparyska ta ścieżka jest!"...
Bez wątpienia nie tylko muzyka jest najlepszą aktorką tego spektaklu, również i obsadzie nic zarzucić nie można. M.Berry bez dublerki wykonuje szalone, kontrabasowe partie!
Podobały mi się również błyskotliwe i szybkie dialogi (wydawało się jakby to one budowały rytm całego filmu) i często czarne francuskie żarciki sytuacyjne.

Elementem zaskakującym jest plan bohaterki- coroczne świętowanie dwudziestych urodzin, aż do nadejścia daty faktycznej 20stki. Cóż, nawet jeśli to trochę naiwne i utopijne, to daje nadzieję na datę graniczną, po przekroczeniu której wszystko się układa i jest łatwiejsze. Reasumując, ten obraz wygląda na pogodny i lekki- przede wszystkim. Pod płaszczykiem tego, udało się jednak przemycić nutki smutku, ignorancji, odrzucenia i wywołać wyrzuty sumienia u odbiorcy (jeśli kiedykolwiek pojechał mocniej kogoś/komuś/coś). WSTYDZIĆ SIĘ OPRAWCY.
A ja teraz pognam szukać czegoś "mniej pogodnego" żeby zrównoważyć poziom cukru we krwi.
Pozdrawiam was ciepło, wiosennie i póki co pogodnie!

piątek, 12 marca 2010

"Better to be someone for a day than no one for a lifetime..."



Droga Wiecznie szybująca Agato oraz Ty , Totemie odpowiedzialności Jasimierzu !!!!

Wujaszek Mickey powraca z krótkich , acz intensywnych wakacji(odpoczynek w domowych pieleszach mający na celu wyleczenie depresji związanej z brakiem szeroko pojętej weny) , które zaaplikowałem sobie kosztem tego szalonego przedsięwzięcia jakim są EMOcjonalni bankruci ( w tym miejscu pisk fanów/fanek uzasadniony...). Wraz z sobą przytaszczyłem kawał angielskiej gangsterki z 2005 roku zwący się poprostu "The Business".Na wstępie chciałbym się przyznać , że do zetknięcia się z owym obrazem zachęciły mnie dwie osoby , które "maczały swe paluchy" (dla wrażliwszych - paluszki) w omawianym projekcie . Mam na myśli reżysera Nicka Love'a (U Nas znany z chociażby głośnego "Football Factory") oraz jednego z faworyzowanych przeze mnie chłopaków w tej branży - Dannego Dyera. Do tego należy dodać , że jestem wielkim fanem naprawdę dobrego kina (szczególnie brytyjskiego) opowiadającego o losach "Grubych ryb" podziemia oraz niedoszłym ganguskiem (zawsze podbierałem najfajniejsze "Matchboxy" pierwszym kumplom z piaskownicy (kończyło się fatalnie) oraz do dziś trzymam plastikowe Uzi w koszu z bielizną i czekam na rozwój akcji....prawdopodobnie skończy się fatalnie). Jak widać jestem najodpowiedniejszą osobą , która wprowadzi Was w klimat prawdziwego bandziorna z lat 80 (jeśli mógłbym prosić o jakąś Glorię Estefan ?).

Młody Frankie (w tej roli Dyer) jest zwykłym , prostym chłopakiem z robotniczej dzielnicy Londynu , który całe dnie spędza ze swymi , równie zagubionymi , kumplami na paleniu trawki i ogólnym bumelanctwie . Pewnego wieczoru , w domu , dochodzi do scysji pomiędzy jego matką , a pewnym nieprzyjemnym typem . Chłopak chcąc ratować swoją rodzicielkę , rzuca się na oponenta i delikatnie rzecz ujmując - robi mu krzywdę . Grunt zaczyna się palić pod nogami młodziana , a on chcąc uniknąć wiążących się z ową sytuacją nieprzyjemnych reperkusji , postanawia zwiać z Anglii Pani Thatcher . Od dużo starszego kumpla dostaje torbę , którą ma za zadanie dostarczyć do niejakiego Charliego , który "wygrzewa" swe kości na Costa Del Sol . Brzmi nieźle prawda ? Frankie długo się nie zastanawiając podejmuje się wyzwania i rozpoczyna nowe życie w słonecznej Hiszpanii . Sam Charlie okazuje się naprawdę sympatycznym kolesiem , żyjącym w przepychu , posiadającym club , znającym mnóstwo ludzi (co najważniejsze kobiet) , a przede wszystkim śpiącym na pieniądzach . Jak się okazuje on , także , musiał "zniknąć" z angielskich przedmieść , gdyż brał udział w napadzie zakończonym strzelaniną . Charlie zachwycony postawą i oddaniem Frankiego proponuje mu fuchę kierowcy i pozostanie w hiszpańskim raju . Chłopak nie mając nic do stracenia , oddaje się pod opiekę imponującego mu Charliego . Zostaje wprowadzony w arkana gangsterskich interesów oraz zapoznany z resztą "wesołej" ekipy. I tak zaczyna się , w mniemaniu Frankiego , nieustająca impreza....Z czasem Panowie będąc coraz bardziej zaślepieni otaczającym ich blichtrem postanawiają rozkręcić niezły biznes polegający na sprowadzaniu narkotyków i ich eksporcie w stronę Wysp Brytyjskich . Pojawia się coraz więcej pieniędzy , do nosów trafia ukochany w latach 80 puder , wśród wspólników dochodzi do pierwszych zatargów , których powodem jest między innymi pewna , a jakżeby inaczej , kobieta.... wszystkie składniki tworzą mieszankę wybuchową , która z czasem ulegnie detonacji....

Film Love'a posiada niesamowity klimat . Soundtrack stanowią największe hity lat osiemdziesiątych , aktorzy przywdziewają odjazdowe garnitury a'la Tony "Scarface" Montana czy crashowe dresy , których nie powstydziliby się uczestnicy wszelakiej maści imprez w małomiasteczkowych "klubach". Do tego należy dodać piękne widoki , błękitne morze , palmy i reprezentantki płci pięknej w strojach kąpielowych..... nie wiem jak wy , ale ja to kupuję (w tym miejscu po raz kolejny wyszła na jaw prostacka natura piszącego...).

"The Business" ukazuje odbiorcy jaki wpływ na człowieka mają posiadane pieniądze oraz idąca za nimi władza . Frankie z tymczasowego kierowcy staję się pełnoprawnym gangsterem , a z cichego i spokojnego chłopaka zmienia się w kierowanego narkotykami , coraz odważniejszego i przebieglejszego przestępce.... Love w swym filmie po raz kolejny przedstawia znaną prawdę , która mówi o tym , że sprawiedliwość wszystkich dosięgnie , a od pozornego raju do kompletnego upadku droga jest naprawdę niedaleka...

Agato , Jasimierzu jeżeli lubicie koszule w kwiaty , króciutkie spodenki znanej , niemieckiej firmy , piękne krajobrazy i własne odbicie w hiszpańskich , marmurowych kafelkach to szczerze polecam "The Business" . Dla mnie , osobiście , to taka mała , angielska odpowiedź na wspominanego "Scarface" , która nie zagrozi klasykowi , ale niesie za sobą podobne treści co dzieło De Palmy . Ja kończę....idę napełnić pistolet na wodę , nalać zmrożonej lemoniady , wystawić leżak na balkon , popatrzeć na moje włości i choć raz....przykozaczyć. Do następnego !!!

piątek, 26 lutego 2010

Czarno-białe sprawki


Droga Agato, Mikołaju!

Dziś chciałbym zająć się jednym z moich ulubionych gatunków znaczy się kinem noir. Jest to odmiana kina gangsterskiego w czystej postaci. Jednak, żeby mówić o filmie noir musi on spełnić kilka warunków. Musimy mieć do czynienia z prywatnym detektywem, który po latach pracy w policji zostaje z niej usunięty za niesubordynację, jednak nadal wykorzystuje stare przyjaźnie, do rozwiązywania swoich spraw. Kolejną cechą cechą bohatera typu noir jest nieodłącznym płaszcz prochowiec, kapelusz, papieros i nie przebrane ilości alkoholu, który pity jest przy każdej okazji. Ostatnim elementem potrzebnym do stworzenia typowego prywatnego detektywa jest femme fatale, zawsze zamieszana w zagadkę, którą ma rozwiązać główny bohater. Chciałbym podkreślić, że filmem noir, który odniósł światowy sukces było "Chinatown" Polańskiego.

Całość kina noir chciałbym przedstawić na przykładzie filmu "Wielki Sen" Howarda Hawksa z 1946. Filmem ten jest ekranizacją powieści Chandlera, a scenariusz napisał William Faulkner. W główne role wcielili się Humphrey Bogart, Martha Vickers oraz Lauren Bacall. Główny bohater Philip Marlowe, zostaje wynajęty przez emerytowanego generała, żeby odkrył kto szantażuje jego córkę. Detektyw rusza tropem wskazanym przez pracodawcę i odkrywa wiele zaskakujących tajemnic z życia niby spokojnej rodziny Sternwoodów. Hazard, narkotyki, zabójstwa, pieniądze i namiętność to wszystko stoi na drodze do odkrycia prawdy przez detektywa Marlowe.

Fabuła jak zwykle w kinie noir kompletnie pomieszana, cały czas przez ekran przewijają się nowe postacie, ciężko spamiętać kto żyje, a kto jest poszukiwany, ale to jest właśnie urok tego gatunku, cały czas zaskakuje on przyśpieszeniami tempa akcji i momentalnymi zwolnieniami, długimi dialogami pełnymi pustych frazesów.

Od momentu premiery "Wielkiego snu" minęły 64 lata, a film nadal trzyma w napięciu i fascynuje. Nie potrzebne do tego były tony materiałów wybuchowych, lata kręcenia filmów w 3D, nagie aktorki oraz komputerowo poprawiane pościgi samochodowe. To wszystko stawia pytanię o kondycję współczesnego kina. Przecież przez te lata doszło do takiego postępu technicznego, że każdy film powinien zachwycać, a tutaj coraz częściej rozczarowanie. Podsumowując polecam ten film wszystkim, którzy lubią kiedy rozwiązanie zagadki jest ujawniane na chwilę przed napisami końcowymi.

czwartek, 18 lutego 2010

De-lovely


Drogi Jasimierzu, drogi Mikołaju,

przyśnił mi się wczoraj Kevin Kline (!), co oczywiście po przebudzeniu od razu uznałam za znak. Kline'a lubię najbardziej we Francuskim pocałunku i Śnie nocy letniej, ale lat temu kilka byłam nim przecież zachwycona w De-lovely (2004) -o którym dzisiaj. 


Irwin Winkler (szczególnie płodny w dziedzinie produkcji, tym razem jednak reżyser), Jay Cocks (scenariusz) i Stephen Endelman (muzyka) wzięli na swoje barki szalone życie Cole'a Portera- jednego z pięciu najlepszych amerykańskich kompozytorów I połowy XX wieku. Trudno o bardziej kolorowy a zarazem drugi tak smutny życiorys. Mamy tu skomplikowaną miłość biseksualnego Portera, zestawioną z kryzysem twórczym i tragicznym wypadkiem. A to wszystko doprawione genialną ścieżką dźwiękową i smaczkami wizualnymi... 

De-Lovely otwiera się retrospekcją: umierający Porter (Kline) ogląda swoje życie w formie przedstawienia teatralnego. Przenosi odbiorcę w świat paryskich lat dwudziestych*, królestwo przyjęć i bankietów z nim w roli głównej. Młody Porter to bowiem książę życia, fircyk i amant, ale przede wszystkim wybitny muzyk.                                                                                                            *(osobiście kocham ten okres; zainteresowanym tematyką polecam do czytania Chłopczycę V.Margueritte) .

U jego boku zawsze i wszędzie stoi kochająca Linda (Ashley Judd), kobieta która dzielnie znosi liczne homoseksualne romanse męża (kochankowie-jak-młodzi-bogowie) i jego trudny charakter. Postać żony Portera jest jednym z ciekawszych kobiecych wizerunków, z jakimi kiedykolwiek się spotkałam (pamiętajmy, że ich historia wydarzyła się naprawdę!). Nieustępliwa, oddana do reszty, nie załamuje się gdy nie udaje jej się donosić ciąży. Nawet, gdy ma już dość występków męża, nie opuszcza go na długo. Pozostaje jego muzą do końca życia i akceptuje w końcu fakt, że Porter jest w stanie zaoferować jej tylko platoniczny odcień miłości (dalej trudno jest mi w to uwierzyć-mój mąż ma chłopaków, a ja nic?!).

Jeżeli nie przemawia do was burzliwy związek Porterów i kwestie moralne, to warto obejrzeć ten film ze względu na stronę muzyczną. Piękne kompozycje Cole'a (w Stanach grane, samplowane i coverowane do dziś) w świeżych aranżacjach naprawdę czarują i zaskakują wykonaniami. W filmie śpiewają Natalie Cole, Lara Fabian, Diana Krall, Alanis Morissette (zmieniona nie do poznania!), Robbie Williams (śpiewa It's De-Lovely, od którego pochodzi tytuł filmu), Elvis Costello i Sheryl Crow. Ta ostatnia wykonuje najpiękniejszy utwór tego dramatu- Begin the beguine, napisany specjalnie do musicalu Jubilee z 1935 roku (numer śpiewany później przez miilijard artystów, w tym Sinatrę, ale wydanie Crow jest naprawdę jednym z najlepszych). Kostiumy, scenografie i plenery też na amerykańskim poziomie. Wieść gminna niesie, że stroje montował sam Armani. 

Wiadomo jednak, że nie jest idealnie. Wyłączając główną parę, reszta postaci jest dość średnio zarysowana. Trochę brakuje obiecywanych szaleństw Portera, niby dobrze grają, ale 
jakby nie, niby żona samotna, ale jakby za mało...czegoś JAKBY brakuje. Polecam film w parze z papierową biografią, albo zapleczem informacji o Porterze. Kompozycji też nie pozostawiajcie obcych sercu. Aż by się chciało zanucić Osiecką: "Mnie-jak niewiele świat ten ziścił! Wy obaj, piękni egoiści, gdzieś wśród nie-dróg, nie-łąk, nie-liści..." to tak pasuje do tej historii!

sobota, 13 lutego 2010

Czarny skarb


Droga Agato, Kochany Mikołaju

Dawno nie pisałem, bo jak wiecie sesja była na wykończeniu, a po niej zaliczyłem udany wypad w nasze piękne polskie góry. Jednak po powrocie, który miał dziś chwilę przed 7 rano miejsce, postanowiłem nadrobić zaległości i zdecydowałem obejrzeć film Precious: Based on the Novel Push by Sapphire, zwany dalej "Precious", który jest nominowany do Oscara.

Reżyserem i producentem filmu jest Lee Daniels, z jego dorobku znamy tylko Monster Ball z oscarową Halle Berry, którego właśnie był producentem. "Precious" kręcony był z ręki i trzęsąca się kamera sprawia wrażenie jakbyśmy stali z boku wydarzeń, które dzieją się na ekranie. Scenariusz można określic, jako życiowy, ale po krótkim zastanowieniu dochodzę do wniosku, że natłok krzywd jakie spadają na główną bohaterkę jest przerażający i niespotykany. Clareece Jones - zwana przez wszystkich Precious, jest nastolatką z Harlemu. Ma problemu w szkole, w domu, nie potrafi zaakceptować siebie i zachodzi w ciążę, przez co zostaje usunięta z miejsca edukacji. Jednak na swojej drodze spotyka osoby, które ją wspierają i pomagają jej przezwyciężać trudności.

Wielkim plusem filmu są aktorki, które są zresztą nominowane do Oscara. Jak dla mnie Mo'Nique, która wcieliła się w rolę matki jest murowaną kandydatką do nagrody. Jej postać jest odrażająca jednak aktorce udaje się tak poprowadzić grę, że widz na odczuwa do niej współczucie. Gabourey Sidibe odtwarzająca, główną bohaterkę, zaliczyła tym filmem swój debiut, co również na pewno członkowie Akademii będą brali pod uwagę decydując, komu przyznać statuetkę. Nie można zapomnieć o Mariahi Carey, grającą piękną, inteligentną i wspaniałą panią z opieki socjalnej. Na początku gdy zobaczyłem Carey, myślałem że będzie to największy niewypał filmu, jednak szok, zdziwienie i prawdziwe brawo --> z ust Kaliguli, który ma wypisaną na czole degenerację.

Podsumowując film raczej nie nadaje się na wyprawę z drugą połówką. Jest to ciekawy obraz jak wygląda 'rodzinne piekło', którego często jesteśmy świadkami, a nie potrafimy zareagować. Precious warto zobaczyć jednak to co tam widzimy momentami odrzuca, boli i przeraża.